Założenia i społeczny odbiór reformy służby zdrowia z 1999 roku

Wszyscy mamy jednakowe prawo do leczenia, ale w rzeczywistości nie wszyscy potrzebujący dostaną nowe serce, nie wszyscy chorzy na raka specyfiki najnowszej generacji. Jeden umrze, drugi przeżyje, nawet, gdy na starcie – szanse mieli podobne. Przez to, że „należy” nam się wszystko, wyegzekwować nie można niczego. Solidaryzm społeczny, którym pozornie się kieruje, zakłada, że zdrowi płacą za leczenie chorych, zamożniejsi za biedniejszych, rolnicy nie płacą wcale. Zarzuca się, kto może (lub musi) – wyciąga, kto potrafi. Jeśli drogich i skutecznych leków nie starcza dla wszystkich potrzebujących, to ktoś je reglamentuje, zaś kryteria są niejasne lub nie ma ich wcale. I nie ma takich pieniędzy, które zapewnią wszystkim wszystko. Wiadomo, że leczenie będzie kosztowało coraz drożej. Czy nie lepiej zatem precyzyjnie określić minimum, które się rzeczywiście należy każdemu, niż obiecywać „według potrzeb” to, co i tak będzie dostępne dla nielicznych? Wówczas za wszystko, ponad ten standard minimalny, rzeczywiście ratujący życie, powinniśmy po prostu zapłacić sami.

Czy bylibyśmy w gorszej sytuacji niż obecnie? Nie sądzę. Nasz wybór nie polega na tym, czy za zdrowie płacić więcej, czy też nie, jego ratowanie i ochrona będzie bowiem coraz bardziej kosztowna.

Możemy natomiast wybierać, czy będziemy te coraz większe pieniądze nadal wrzucać do wspólnego worka, bez żadnej gwarancji, że gdy sami znajdziemy się w potrzebie, dostaniemy z niego tyle, ile nam „się należy”.

Czy też zgodzimy się, ze za składkę na kasy chorych należy nam się tylko precyzyjnie określone minimum, a za resztę płacimy sami. To znaczy mamy do wyboru różne systemy dodatkowych prywatnych ubezpieczeń. Unikanie tego wyboru jest milczącą zgodą na to, że jeden dostanie nawet drogie serce, a inny umrze, bo leczono go tanio i nieskutecznie. I nikt nigdy nie dowie się, dlaczego los akurat tak rozdał karty.