Próby zamknięcia źle funkcjonujący placówek

Próby zamknięcia źle funkcjonujący placówek uruchamiają jednak lawinę protestów. W słabych ośrodkach sztucznie mnożone są usługi medyczne, na przykład ortopedyczne. Pacjent często przychodzi do specjalisty z ręką, która mogła być złamana lub zwichnięta, po to, by się dowiedzieć, że musi wykonać prześwietlenie bolącego miejsca. Drugi raz pojawił się ze zdjęciem, ale nierzadko złym, zrobionym na przykład z nieodpowiedniej strony stawu. Ponownie udawał się więc na prześwietlenie. Dopiero wtedy specjalista mógł przystąpić do leczenia. Nierzadko podobną drogę pacjent musiał odbyć, gdy miał zdjęty gips. Potrzebne było kolejne zdjęcie, pozwalające ocenić, czy wszystko jest w porządku. Specjalista wykazywał przed kasą chorych, że udzielił kilku porad medycznych, które sprowadzały się do wypisywania kolejnych skierowań.

„W pewnych ośrodkach, przede wszystkim w tym, gdzie przyjmują zarówno specjaliści, jak i lekarze pierwszego kontaktu, za część usług kasy chorych płaciły podwójnie. Na przykład lekarz rodzinny rezygnował z prowadzenia kobiety, której ciąża prawidłowo się rozwijała, mimo że należy to do jego obowiązków, i zlecał to zadanie specjaliście. Pieniądze z kasy chorych dostawali obaj”.14 W Stanach Zjednoczonych w interesie medyków niższego szczebla leży odsyłanie do specjalisty. Gdy terapia trudnego schorzenia, której podjął się amator, nie przyniesie efektu, firma ubezpieczeniowa albo nie ubezpieczy go od odpowiedzialności zawodowej, albo znacznie podwyższy status. Lekarzom nie opłaca się więc ryzykować. U nas niemal nic mu nie grozi.

„Zdaniem przedstawicieli kas, świadczeniodawcy starają się czerpać zyski nie tylko z kas chorych, ale i zarabiać na pacjentach. Zdarza się, że lekarze udzielają pacjentom nieprawdziwych informacji, np. że kasa zapłaci za jedne świadczenie, a za inne musi już zapłacić pacjent. Często nie jest to prawda… Kontrole Kas Chorych wykazały np. że w jednym z krakowskich szpitali bezpłatnie wykonywano badania tylko hospitalizowanym, pacjenci skierowani z przyszpitalnej przychodni musieli zapłacić za nie z własnej kieszeni”.15

to strach przed bankructwem i kasą chorych przesłania dziś lekarzom logiczne myślenie. „Pieniądze nie mogą decydować o życiu” słyszą od urzędników, którzy za wszelką cenę chcą im uświadomić, że utrzymanie świadczeń zdrowotnych na dotychczasowym poziomie nie wymaga większych pieniędzy, tylko trzeba je wydawać efektywnie.

Ten strach udziela się także chorym. Dlatego boją się wzywać pogotowie ratunkowe? Bo uprawia ono woltyżerkę na dwóch koniach: miało być inteligentną częścią całodobowego bezpłatnego systemu opieki medycznej (wentylem bezpieczeństwa w sytuacjach nagłych i uzupełnieniem opieki ambulatoryjnej), ale postanowiono, że nie będzie przychodnią na kółkach, ratującą od bólu głowy. Powstała więc hybryda, która w zależności od wielkości miasta i lokalnego widzimisie sprawuje opiekę przez całą dobę albo tylko w nocy. Stawia się na każde wezwanie albo wystawia rachunek opiewający na sto lub dwieście złotych.

Statystyki potwierdzają znaczny wzrost liczby zgonów. Wg danych Głównego Urzędu Statystycznego – „W 1998 liczba zgonów wynosiła w Polsce 375 354 w 1999 liczba zgonów 381 415. natomiast liczba urodzeń wynosiła w 1998 398 103 a w 1999 384 379. Porównywalnie w Kielcach zgonów w 1998 wynosiła 1833, a w 1999 2088”.

Liczne grupy Polaków utraciły poczucie bezpieczeństwa w obliczu choroby, ale to nie jedyna wina błędów we wdrażaniu reformy, ale przede wszystkim wina złych regulacji zapisanych w ustawie o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym. „Poprawne funkcjonowanie ochrony zdrowia wymaga ustawowego ustalenia kompetencji samorządów różnego szczebla, a tak aby wiadomo było, kto i za co odpowiada, ponieważ odpowiedzialność została rozmyta”.16

Na reformie dużo stracili jednak lekarze i inni pracownicy ochrony zdrowia, gdyż to oni właśnie otrzymali najniższą chyba ocenę od chorych i społeczeństwa. Kasy Chorych nie płacą placówkom służby zdrowia w terminie pełnych kwot za kontrolowanie świadczenia, co doprowadza zakłady do niewypłacalności. Na tę sytuację godzą się rady kas, które są ciałami politycznymi reprezentującymi rządzące w terenie ugrupowania polityczne, nie zaś – pacjentów i świadczeniodawców. „Dyrektorzy placówek (menadżerowie) niewiele mogą zdziałać, nie próbują walczyć z urzędnikami w kasach chorych, gdyż ich zatrudnienie zależne jest od woli władz samorządowych, czyli ludzi rządzących w radach kasy. Zarobki dyrektorów placówek są niewielkie, gdyż tylko procent z nich podpisało tzw. umowy menedżerskie, które wyrządziły więcej zła niż musiały”.17 W społeczeństwie panuje jednakże przekonanie, że wszyscy dyrektorzy mają olbrzymie zarobki.

Większość dyrektorów i kadry kierownicze przestaje dziś myśleć o leczeniu pacjentów jest przetrwanie, a zadłużenie przekracza wartość gruntu i budynku, w którym funkcjonują.

W niektórych kasach wszyscy, którzy złożyli oferty, podpisali kontrakty – bez względu na to, czy były to dobre, czy złe placówki. W takiej sytuacji wszyscy kontrahenci otrzymali relatywnie mniej pieniędzy. Są też i takie kasy, które nie ze wszystkimi oferentami podpisały kontrakty, co oznacza zamknięcie placówek, które kontraktu nie uzyskały. Zawieranie kontraktów na ograniczoną (limitowaną) liczbę świadczeń rodzi podejrzenie funkcjonowania układów i korupcji. W ten sposób wprowadzona była reforma w Czechach i na Węgrzech i przed tym przestrzegali nas koledzy z tych państw. Niestety, nie wyciągnięto wniosków z błędów, które zostały tam popełnione.

Samorządy lekarskie mają ustawowy obowiązek prowadzenia rozmów z kasami chorych. Jednak nikt nie słucha krytycznych głosów samorządu lekarskiego, a większość postulatów nie jest brana pod uwagę. Mówi się im: najważniejsze, że lekarze w ogóle mają pracę, a ile będą zarabiać i w jakich warunkach pracować, o to nie powinni już nawet pytać.

Przez długie lata mówiło się, że paneceum na podłe płace służby będzie reforma. To właśnie środowiska medyczne domagały się jej najbardziej z wiarą, że wkrótce doprowadzi do znacznego podniesienia uposażeń. Mirażem reformy mamili pracowników medycznych politycy wszelkich opcji. Jednak nie znalazł się polityk, który miałby odwagę powiedzieć wyraźnie, za jaką cenę mogą wzrosnąć zarobki pracowników służby zdrowia.

Przed reformą pokazywano im wyłącznie marchewkę. Potem ukazał się wyłącznie kil – zarobki nie wzrosły, pojawiło się natomiast bezrobocie. Nic dziwnego, że reforma nie znalazła sojuszników wśród lekarzy i pielęgniarek. Pod naciskiem pielęgniarek obfitującym w także epizody jak okupacja Ministerstwa Pracy, demonstracja przed kancelarią premiera – rząd znalazł sposób przepompowania pieniędzy z budżetu do kas chorych, a z kas – do placówek medycznych. Były to pieniądze „znaczone” – dyrektorzy musieli podpisać zobowiązanie, że przeznaczą je na trzynastki za 1998 rok. A i tak okazało się, że nie wszyscy pracownicy ochrony zdrowia je dostali. Nie wszyscy dostali też podwyżki rekompensujące inflację. By wypłacić te pieniądze, rząd się gimnastykował, by ominąć prawo, a zarazem nie złamać go zbyt wyraźnie. Racja była bezspornie po stronie pielęgniarek, co przyznał później Trybunał Konstytucyjny, ale po reformie brakowało narzędzi niezbędnych do spłacenia zobowiązań z czasów, gdy pracownicy służby zdrowia należeli jeszcze do budżetówki.


14 D. Romanowska, Stan przewlekły. „Wprost” 2000, s. 67.

15 A. Kisiel, Kontrola w interesie pacjenta. „Biuletyn Kas Chorych” , 1999 nr 5, s. 5.

16 J. Kukurba, Co zmienić? „Służba Zdrowia” 2000 nr 50, s. 18.

17 R. Łopuch, Przed V zjazdem Izb Lekarskich. „Służba Zdrowia” nr 27-29, s. 9.